RSS
poniedziałek, 22 lipca 2013

Parę dni temu poszedł, by nakręcic trochę niebiańskich happeningów. Chciałabym jakoś powiedzieć mu wieczne "cześć". Tak, Marku, czuję się kontestatorką. I choć nie było mi dane znaleźć się w gronie bliskich Ci osób, czuję ogromną potrzebę pożegnania Cię po znalezieniu tego smutnego linka.

http://fundacjawip.wordpress.com/2013/07/14/zmarl-marek-happener/

Dawno, dawno temu w holu wrocławskiej opery istniała kwiaciarnia. Wyjątkowa kwiaciarnia. Wyjątkowa nie tylko dlatego, że zapewniała stosowne materialne poparcie aplauzu dla artystów z pobliskiej sceny. Niezwykłość tego punktu sprzedaży rachitycznych peerelowskich okazów flory stanowiło to, że często epatował kwiatowymi kolorami. Ale nie kolorami kwiatów, bo w owych czasach tylko po stosownej dawce darów natury lub chemii można było popaść w euforię nad bukietem goździków w zestawie z asparagusem. Barwność była zasługą dzieci – kwiatów, których gromada lgnęła do Marka jak pszczoły do miodu. Znać go, to jakby dostać legitymację przynależności do jakiegoś tajnego sprzysiężenia, elitarnego klubu hipisów.

Marek krzesał kontestacyjne inspiracje. Poznawszy go chciało się natychmiast buntować przeciw otaczającemu światu, wyróżniać, szokować i żyć w miłości i poszanowaniu wszystkich stworzeń. A przede wszystkim razem, ramię w ramię, maszerować w jakimś radosnym, kolorowym, rozśpiewanym pochodzie freaków.

Niejeden taki zlot udało mu się doprowadzić do skutku. Nazywał te hipisowskie marsze na Pola Marsowe na Stadionie Olimpijskim, jak wszystkie działania, które wpadały mu do szalonej głowy, happeningami. Tak stał się najprawdopodobniej pierwszym „hepenerem” w Polsce taka ksywa do niego przylgnęła. A Marek był konsekwentnym budowniczym ulicznej kontrkultury, jednym z twórców ekscytującego Ruchu Nowej Kultury z początku lat 80., z czasów, w których wszelki ferment w mądrych głowach mógł zamienić się we wszystko: w „Solidarność”, Pomarańczową Alternatywę, Luxus.

W tamtym czasie Hepener stał się bratem wielu ludzi, podziwiających go za odwagę i tak wielkie pragnienie wolności, które dało mu siłę do zdezawuowania obowiązku służby w polskim, reżimowym wojsku. Dezercję z Ludowego Wojska Polskiego przypłacił karą więzienia.

Naprawdę nazywał się Marek Bieron, urodził się w 1951 roku, skończył teologię na warszawskiej uczelni.

Prawdziwi przyjaciele, wiele lat później, celująco zdali potężny egzamin z etyki, empatii, solidarności i braterstwa. Dali Markowi to, co w życiu cenił najbardziej.

Marka znaleziono nieprzytomnego na ulicy Skłodowskiej – Curie, parę kroków od szpitala, w którym, gdyby świat był normalny, mógł otrzymać pomoc. Tymczasem policjanci wzięli człowieka po wylewie krwi do mózgu za nawalonego koleżkę i odwieźli go na izbę.

Po tej strasznej przygodzie Hepener był nie tylko schorowanym, sparaliżowanym człowiekiem, ale i gościem na bruku. To bliscy mu ludzie zrobili prawdziwy happening ratunku, organizowali charytatywne koncerty (wielki szacunek dla muzycznej formacji Perfumowanych Chujów, których nazwa w żaden sposób nie ma związku z negatywnie kojarzącym się przymiotnikiem), załatwili mu miejsce w ośrodku pomocy społecznej, zbierali kasę na opłacanie każdego dnia pobytu tam i trwali murem przy jego łóżku, wspólnie i serdecznie rehabilitując go i fizycznie, i psychicznie.

Nie znajdziecie nigdzie jego historii, nikt jej rzetelnie nie spisał, przegapiliśmy fascynujące życie obok nas.

Od dziś wszystko, co mamy po Marku, to świeży grób na Osobowicach. I długi jak dzień bez jedzenia poemat, który powstał na gazetowym forum.

I tyle pamięci o nim, ile każdy zdołał unieść.

20:06, barbara.chabior
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 czerwca 2013
Juz tyle razy myślałam o tym, że Major koniecznie powinien zawitać w tej galerii! Ale zawsze zdawało mi się, że trudno odmalować jakąs tam opowiastką gościa, który wymyka się opisom. Pretekst pojawił się w okolicznościach niemiłych: w miejskim teatrze wystawiona została sztuka "Pomarańczyk" - komedyjka o takim debilu, uzurpatorze i niedorozwoju. Wygląda to tak, jakby miejscy urzędnicy w ten sposób postanowili rozprawić się ze swoim sądowym przeciwnikiem (trwa - sic! - proces o prawa do krasnali). Pal licho słowa potępienia! Ja stawiam na słowa wsparcia, dlatego zapraszam Majora do Dziwolążnika!
sobota, 23 lutego 2013

To niezwykłe, gdy okazuje się, że każdego dnia może nastąpić mikrokoniec mikroświata! Tak zdarzyło się, gdy pani Krysia postanowiła odejść w świat i osierocić Żabkę z ulicy świętego Antoniego. I nagle tragedia, którą przeżyła okolica, poniosła się w miasto - nawiasem mówiąc tylko dlatego, że pani Krysia mogła odejściem swym zrobić wielką wyrwę w sercach redaktorów z lokalnego tytułu, regularnie posilających się pożywieniem z żabkowych półek.

Ale rzeczywiście, przyznać trzeba, że TA Żabka, z panią Krysią w środku, miała moc społecznego rażenia. Jeśli myślicie, po lekturze gazetki, że ten żal i płacz za panią Krysią wiąże się z obawą braku po jej odejściu ciepła, troski i dobroci, to jesteście w błędzie!

Nawet jeśli ktoś nie zdaje sobie z tego sprawy, to podświadomie smutek spowodowany wieścią o pożegnaniu wynika ze strachu przed niedostatkiem codziennej porcji adrenaliny.

Któż bowiem potrafił tak celnie trafić prosto w serce lub w głowę złotą kulą wystrzeloną z inkrustowanego brylancikami pistoletu... Oj, pani Krysia była od kilku lat naszą niekwestionowaną Królową Sarkazmu. I jeśli sarkazm jest najniższą formą humoru, a najwyższą formą inteligencji, to zaznaliśmy tej maestrii uszczypliwości w dawkach hojnych.

Sklep naładowany ludźmi, kolejka wije się po zakolach skromnej placóweczki handlowej. I nie daj boże trzymać wstydliwe w koszyczku paczkę podpasek i chusteczki higieniczne... - To wszystko? Tylko podpaski i chusteczki? - gromko, niby pytając, informuje zebranych nasza Królowa - Że co, jak się podpaski skończą, to chusteczki?...

Dwie torebki soli rzucam na ladę. Ot po prosu śniegiem zasypało schody do Niskich Łąk i trzeba ratować siebie i nieszczęśników, którzy wprawdzie na lodowej tafli szybciej się znajdą we wnętrzu klubu, ale też i mogą sobie przy okazji szkód narobić. - Solimy się? - rzuca pani Krysia, komentując nabytek. - A pieprzymy się też?...

Kiedyś głośnym "dzień dobry" przy wejściu przestraszyłam naszą panią, aż wypuściła z dłoni komórkę, na której wpisywała esemesa. I już na zawsze przypiekała mnie ogniem wyrzutów straszliwych. - Witam moje sto pięćdziesiąt złotych! - mówiła, gdy tylko wchodziłam (tyle ponoć kosztowała naprawa upuszczonego telefonu).

Ileż było tych błyskotliwych kąśliwości! I jakież wielkie emocje wiązać się mogły z każdą pospolitą wizytą w Żabce! Pokażcie mi drugi taki sklep w całym mieście! Gdzie jeszcze wejdziesz z całą świadomością, że nie ujdzie ci płazem żaden występek?

Pani Krysia wiedziała, kto zdobył poprzedniej nocy alkoholowy Mont Everest, kto śpiewał głośno i z oddaniem w pobliskim kościele, kto od tygodnia spożywa już tylko soczek i wodę. Lepsza w wiedzy niż spowiednik, ale okrutniejsza, bo bez zobowiązania do tajemnicy.

Będzie tych jej uszczypliwości na ulicy Antoniego bardzo brakowało! Jakąż trzeba mieć mocną osobowość, by stać się ikoną w Żabce?

Życzę pani Krysi z całego serca szczęścia i odpoczynku od tych wszystkich genetycznych zjebów, których codziennie przyjmowała słowem dobrym, aczkolwiek kąśliwym!

http://www.gazetawroclawska.pl/artykul/768015,wroclaw-zabka-bez-pani-krysi-to-nie-zabka-niezwykla,id,t.html 

22:21, barbara.chabior
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 lutego 2013

Rozwiany włos, brązowa jesionka zimą, wiosną, latem, pod pachą teczka z dokumentami. Ważnymi dokumentami. Biegnie susami do urzędu miejskiego. Tam jest w swoim świecie, to cień prezydenta Wrocławia. No, nie w tym sensie, że mu towarzyszy, ale jest w stanie wywrzeć na nieświadomych podstępu obywatelach wrażenie, że to ON jest ojcem miasta. Zajęty, zaaferowany, jak bardzo ważny urzędnik.

To wolontariusz idei. Wie wszystko. Ma świadomość, co w mieście piszczy, co kto z kim i jak. Zna kulisy decyzji, zna urzędowe uwarunkowania. Jest – przynajmniej we własnych oczach – demiurgiem rozporządzeń. Można go nawet przyłapać, jak przez urzędowy telefon w którymś z gabinetów gromkim głosem wydaje polecenia, zarządzenia i udziela instrukcji.

Kiedyś w podobny sposób zawiadował redakcją lokalnej gazety. W „Wieczorze Wrocławia” był szarą eminencją, cieniem redaktora naczelnego... Ej, wyżej! Był tajnym prezesem! Rozdawał karty, rządził.

Wtedy też każdy mógł się nabrać na tubalny głos i stanowczość postawy.

To fantastyczny szaleniec. Uzurpator. Kreator. Aktor wcielony w rolę w sposób nieodwracalny.

Nikt nie zrozumie, jak to się dzieje. Czemu taki człowiek, który jak intruz wnika w jakiś oficjalny świat, z czasem staje się jego nieformalnym, ale umownie ukonstytuowanym elementem. Przyzwyczaja do siebie ludzi, budzi ironiczne uśmieszki, jest obiektem drwin, czasem irytuje, ale jest tolerowany. Nikt nie wyjaśni – nawet sobie samemu – co tym rządzi. Przyzwyczajenie, które jest drugą naturą? Prawo przysługujące istnienie upierdliwej musze? Litość dla ludzkiej ułomności?

Niewiele o nim wiemy. Z całą pewnością miał wspaniałą mamę!Gdyby tylko namówiła go, gdy był dzieckiem, na chodzenie na kółko plastyczne i zajęcie się malowaniem obrazów, z tym nazwiskiem zrobiłby wielką karierę w polskiej sztuce...

12:13, barbara.chabior
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 lutego 2013

Czytelnik. Mistrz głośnego czytania – umiejętność dziś rzadka, nie licząc czytających z promptera tzw. spikerów, zwanych dziś mylnie dziennikarzami.

Zjawia się do dziś na placu Jana Pawła II, na skrzyżowaniu Legnickiej i Podwala, na trasie tramwajowej prowadzącej od Leśnicy w stronę Rynku. Chodzi, jakby pod jedną nogą miał krawężnik, a pod drugą prostą drogę. Zna wszystkich motorniczych jeżdżących tą trakcją, ze wszystkimi zdaje się być zaprzyjaźniony. Pomaga: chce zmieniać wajchę na szynach (teraz robią to automaty!). Przez to przerzucanie szyn w myślach nazywałam go zawsze Pan Przerzutka. Jego nieodłączny rekwizyt to gazeta w ręku. Przez ten szczegół musiałam go pokochać: w nieodległych - odległych czasach trzymał w dłoniach zawsze najświeższe wydanie „Wieczoru Wrocławia”. W chwilach pomiędzy przyjazdami tramwajów czytał głośno najświeższe wrocławskie wiadomości. Lał miód na moje serce: dzięki temu zmutowanemu tworowi rytmu porannej ulicy wiedziałam, że na coś przydaje się moja praca, a na świecie istnieje trybun, który ją rozpowszechnia, rzuca między lud, głosi, czy chcą tego czekający na przystanku pasażerowie, czy nie... Dziś, zamiast nieistniejącego już wrocławskiego tytułu, Czytelnik - Przerzutka trzyma w dłoniach i propaguje bezpłatną miejską rozdawkę typu „Metro” lub „Echo Miasta”. Czasy się zmieniają, pasje pozostają...

Choć i coraz rzadziej spotykam rozdawaczy gazetowych. Papier umiera?

 


23:30, barbara.chabior
Link Komentarze (1) »
piątek, 21 grudnia 2012

Nawet jeśli ten koniec świata się faktycznie szykuje – nieistotne, czy teraz, czy jeszcze troszkę później - to cała nadzieja w pani Lucynie. Lucyna uratuje!

Pani Lucyna z Psiego Pola istnieje naprawdę, jest masażystką i twierdzi, że 2012 to jeszcze nie ten termin. Skąd to wie?

O, to długa historia! No może nawet nie tyle długa co mocna!

Otóż wszystko zaczęło się w chwili, kiedy mogło się skończyć. Lucyna przez lekarski błąd i przedawkowane znieczulenie podczas zabiegu przeszła śmierć kliniczną. Odzyskała jednak życie, a wraz z nim, znajomym już przecie i raz już posiadanym, dostała coś zupełnie nowego i nieużywanego, przynajmniej przez nią – w tej drodze bytu-niebytu dostała namiar na Oriona. Twierdzi, że stała się medium, posiadającym możliwości kontaktowania się z oriońskimi bytami. Ale nie tylko, bo w swoich nieziemskich kontaktach ma też księdza Czesława Klimuszkę. Ale i to – znów rzec można – to jeszcze nic. Bo – uwaga! - komunikuje się z nią pewien wielki kosmiczny namiestnik En-Ki. A onże, będący duchowym opiekunem nas, biednych ziemian, zrobi wszystko, by pokierować działaniami Lucyny, żeby nas przed katastrofą ocaliła. Musi tylko (bagatela!) odnaleźć jakiś tam zagubiony grób jakiegoś tam faraona.

Jeśli myślicie, że po odebraniu takich komunikatów i zleceń masażystka poczuła, że zadanie ją przerasta i odgoniwszy natrętne myśli o przyszłości ludzkości jęła staranniej masować któregokolwiek pojedynczego jej przedstawiciela, to się mylicie!

Pani Lucynka ruszyła na wykopaliska w Egipcie! Szuka Wielkiego Labiryntu i grobowca Cheopsa. A w chwilach wolnych, dla wprawki, pogrzebuje czasem na Ślęży.

Dlaczego istoty pozaziemskie skontaktowały się właśnie z Panią?” – zapytał nasze koło ratunkowe wrocławski portal Moje Miasto. A pani Lucyna na to:Często zadawałam im to pytanie. Odpowiadali, że mam otwarty umysł i niezablokowane serce”.

Duchy nalegały, kazały wiedzą podzielić się ze światem, nie trzymać tej wybitnej tajemnicy wyłącznie dla siebie. Jakiej tajemnicy? Znów brakuje mi słów lepszych niż te, których posiadaczka tego skarbu użyła w rozmowie z MMW: „Otrzymałam informację na temat piramid, a nigdy nie interesowałam się Egiptem. Wiadomość była jasna: do Ziemi zbliża się Nibiru, która może zahaczyć ogonem o biegun północny. Ta sama planeta spowodowała biblijny potop. W efekcie może nastąpić "przebiegunowanie" Ziemi. Ratunkiem jest system zabezpieczający, zamontowany przez mieszkańców planety Aszun z Oriona, w piramidzie w Gizie, w której znajduje się grobowiec Cheopsa. Tam znajduje się komunikat dla ludzkości (...) W 2005 roku, kiedy pierwszy raz znalazłam się na płaskowyżu w Egipcie, sama zwątpiłam, bo to olbrzymia przestrzeń. Na szczęście zostałam poinstruowana, gdzie mam iść i wskazałam dokładnie miejsce. W 2006 roku przeprowadzono badania georadarowe. Wykazały one anomalia, czyli coś się tam znajduje. Potem zaczęliśmy się starać o zgodę na wykopaliska. W końcu w tym roku uzyskaliśmy zgodę. (...)Niestety, sprawa się skomplikowała. Po oczyszczeniu wskazanego terenu odkryto kilka grot. Jednak grobowiec jest jeszcze pod pięciometrową warstwą piasku”.

Ale nie trzeba działać w nerwach - wszak gdyby wyścig o ocalenie miał się zakończyć klapą, istotom pozaziemskim szkoda byłoby fatygi na szukanie dostępu na łączach z Ziemią! I tak nie mają z nas większego pożytku. Ale, ponieważ widzą jakieś szanse dla nas na przyszłość, zaangażowali panią z Psiego Pola. 

Jeśli więc nic nam się dziś nie stało, być może zawdzięczamy to istotom pozaziemskim, które przekazały informację pani Lucynce, ta zaś – w przeciwieństwie do was, czekających biernie na finisz - przynajmniej rozpoczęła jakieś działania ratunkowe!

A jeszcze precyzyjniej: nigdy nie przestańcie być wdzięczni za ocalenie ludzkości anonimowym wrocławskim lekarzom, którzy nie żałowali pani Lucynce środków usypiających i niechcący udrożnili taki zasięg sieci, że żadnym operatorom się nie śniło!

13:53, barbara.chabior
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 października 2012

Dzisiejsze popołudnie, smutne i parszywe, rozświetlił mi swym kąśliwym humorem, ugruntowanym handlowym merkantylizmem, pan sprzedający w przejściu przy placu Strzegomskim stare książki. Tak, stare - choć niektóre nawet młodsze niż jego nieliczne już zęby. Żadne tam starodruki. Niektóre tytuły pamiętam bowiem jako wydawnicze hity z lat, w których już mi się oczy do woluminów świeciły, choć może polowe myśli autora chwytałam. Ale upływ czasu uświadamiasz sobie nagle, to jest jak zabłąkana piłeczka tenisowa, która trafia cię niespodziewanie w głowę: nagle na straganie ze starociami znajdujesz przedmioty, które służyły ci w codziennym życiu naprawdę niedawno temu. Albo - jak ktoś już napisał - gdy zobaczysz Bogusława Lindę w reklamie geriavitu...

No więc na ziemi w tym przejściu koło bunkra, który tak niespodziewanie z hurtowni fajerwerków i lumpeksu, charakteryzującego się tym, że zakupione w nim rzeczy waliły pleśnią i trupem, przekształcił się w piękne muzeum z plenerową kawiarnią na dachu, starsi ludzie wyprzedają całe swoje życie i wspomnienia. Zdezelowane buty, stare komórki, niemodne (jeszcze) torebki, niekompletne zestawy fajansu i książki z domowych bibliotek.

Wśród tej różnorodności tylko ten pan od książek, no i może jeszcze jego sąsiad z bateryjkami i golarkami, mają konsekwentną specjalizację. Rzec by można - spójność branżową.

Na książkowej witrynie na poziomie zero (bo wszak na ziemi) leżą takie oto hity: "Trędowata" Mniszkówny w dizajnie z lat siedemdziesiątych (wydawnictwo towarzyszyło zapewne filmowemu przebojowi ze Starostecką w roli głównej), "Zmory" Zegadłowicza, "Geniusz i obłąkanie" Lombrozo, "Wątróbka po warszawsku" Wiecha, czterotomowa, bełkotliwa "Historia sztuki" Ałpatowa, "Ogniem i mieczem"... Z bruku patrzy na mnie towarzysz Edward Gierek na okładce "Przerwanej dekady", kusi 365 zdrowych i tanich obiadów na każdy dzień, oraz porusza fakt, że "Nastolatki lubią wiersze"...

I nagle dostrzegam żółtą, ciekawą okładkę i tytuł "Kulisy kroju i szycia dla dzieci". Zastanawiam się chwilę, czy to poradnik krawiecki dla milusińskich (chybiona preorientacja zawodowa sprzed czasów, kiedy dla Zary i H&M szyć zaczęli mali Azjaci, a nie dzieci z Europy Wschodniej), czy biblia dla krawcowych zorientowanych na najmłodszych odbiorców...

Z ciekawości podnoszę książkę. Nie, to ewidentnie krawieckie porady, konstrukcje pelerynek, śmiesznych płaszczyków, instrukcje urzeźbienia jednopalcowych, niezagubialnych rękawiczek na sznurku lub czapek z debilnym pomponem. A przy tym czarno tu i biało, jeśli nie zwracać uwagi na to, że papier pożółkł, a ilustracje tak obłąkane, że pociąć się można żyletką Polsilver, jeśli się ją ma.

- Wiele za to? - pytam, językowo chcąc spójność z panem bukinistą z podłogi (bardziej ze słowem "bukmacher" mi się kojarzącym) chwycić.

- Dziesięć złoty (ch) - odpowiada.

A ponieważ rzecz nie jest warta nawet zela, odkładam z pogardą na ziemię. Zanim książka o kulisach kroju sięgnie bruku, słyszę propozycję "osiem".

- Piątkę tylko mam - szepczę nieśmiało, biegunkę myśli mając jednoczesną, że samotna, pozbawiona drobnych satelit bilonu dwudziestka spoczywa sobie w mojej kieszeni  i wkrótce fałsz mój i kłamstwo wyjdzie na jaw. 

- A TO JUŻ CHYBA PRZESADA!!! - krzyczy gromko dziad.

Oddalam się z godnością. 

KURTYNA zapada takoż.

22:29, barbara.chabior
Link Komentarze (1) »
czwartek, 27 września 2012

To jest historia wyjątkowa, o pewnej przedwojennej wrocławiance. Jeśli chcecie znać domowy adres tej bohaterki, to skierujcie swe kroki w stronę „Pałacyku” przy Kościuszki, czyli Pałacu Schaffgotschów.

Przy okazji, to jest historia o tym, że nigdy nic nie wiadomo i nie ma prostych, przejrzystych przepisów na życie. I szufladek... Nie wiesz, gdzie wpadniesz, nie wiesz, kto szufladę otworzy...

Ta mała Grycikówna urodziła się niefortunnie, a skończyła tak, że każdy chciałby tak życie skończyć, spełniwszy się w nim pierwej. Teraz polecę harlekinem, możecie tak zdiagnozować, ale to taka historia. Sama w sobie harlekinem była, naprawdę!

Wyobraźmy sobie bardzo, bardzo biednych ludzi. Mieszkają na Śląsku, węglowym Śląsku. Rodzi im się właśnie oto naste - naste dziecko. Tyle jest gęb na chacie do wykarmienia, że decydują się kolejną progeniturę porzucić, skazując – pewnie – tę małą dziewuszkę na mrok, sierociniec, syf i zatracenie.

I tu pomyłka!

Ale zanim o tym opowiem, zapraszam na ulicę Kościuszki! Dzisiejszą Kościuszki, dawniej Tauentzienstrasse...

Wyobraźcie sobie przedwojenny Wrocław... Ta ulica pyszni się urokiem prywatnych rezydencji, przepięknych willi, wzrastających jedna przy drugiej od początku dziewiętnastego wieku. Niewiele z tego dziś zostało...

Jednak istniejącym, najpiękniejszym wśród nich budynkiem jest Pałac Schaffgotscha.

Kto wie, ten wie, że to obiekt zwany Pałacykiem.

Kojarzycie? To teraz posłuchacie! Tu rozegrała się jedna z fascynujących ludzkich historii przedwojennego Wrocławia.

Bo właśnie w tej dawnej rezydencji hrabiego Hansa Ulryka von Schaffgotscha, wzniesionej w 1890 roku, w stylu neorenesansu wzorowanego na pałacykach francuskich i holenderskich, wybuchła miłosna historia z testamentem w tle, którą zapowiadam już trzeci raz, ale wiem co robię, bo to wymaga przygotowania... Więc do konkretów!

Wracamy więc do biednego, biednego dziecka żeńskiej płci (przerąbane!), które przyszło na świat w 1842 roku na Górnym Śląsku w biednej, górniczej rodzinie Grycików. Nie ma jak Joasi wykarmić, więc jest porzucona, oddana do przytułku.

Prawdopodobnie zostałaby jednym z wielu lumpenproletariackich sierot społecznych, gdyby nie pewien dziwak: właściciel bogatego pałacu w Szombierkach, jednocześnie – o paradoksie! - mieszkaniec skromnej drewnianej chaty, Herr Karol Godulla. Ponoć całe życie poświęcił tytanicznej pracy, której zawdzięczał zasobność kieszeni, ale nigdy do tego wagi nie przykładał. Nie lubił, strasznie nie lubił wydawać!

Współcześni porównywali go do dickensoweskiego bohatera, Ebenezera Scroog'a, zamkniętego w sobie i oschłego, skąpego, pozbawionego ludzkich uczuć, szpetnego zewnętrznie i paskudnego w charakterze...

A jednak to on, Herr Karol, ten „diabeł z Rudy”, jako pierwszy wprowadził bezpłatną opiekę lekarską dla swych pracowników.

To właśnie Karol Godulla bierze pod swoje skrzydła osieroconą Joannę, zabiera ją do Wrocławia i staranie wychowuje.

Grycikówna ma 6 lat, gdy zdarza się kolejny dramat - przybrany rodzic umiera. Jednak nie umiera tak sobie po prostu: zostawia testament i niewyobrażalny spadek! Zostawia go Joannie Grycikównie!

Z odziedziczoną ziemią, hutami, kopalniami, domami, ziemią i co tam można sobie jeszcze zamarzyć, Joanna staje się bodaj najbogatszym dzieckiem ówczesnych Niemiec. W efekcie zaniepokojona rodzina umieszcza młodą w klasztorze. Ale bliscy nie poprzestają na tym - działają! Na korzyść własną i spokrewnionej spadkobierczyni. Więc wypraszają u króla Prus nadanie Joasi tytułu szlacheckiego (i nazwiska von Schomberk-Godulla, bowiem siarą wieje, że dziedziczka kosmicznej fortuny mogłaby się tak nędznie, a wręcz kompromitująco nazywać, jak pewni śląscy nędzarze. Gryciki!

Joanna ma więc 16 lat Joanna i to szczęście, by - funkcjonując w świecie blichtru - stanąć twarz w twarz z przedstawicielem jednego z najznamienitszych śląskich rodów, przystojnym Hansem Ulrykiem von Schaffgotschem.

I nie wiadomo, jak to jest zrobione, ale miłość zakwita! W 1859 roku młodzi biorą ślub i zamieszkują w pałacu w Kopicach na Opolszczyźnie.

Jednak bywają również w swojej wrocławskie rezydencji – w pałacyku przy dzisiejszej ulicy Kościuszki. Jest im dobrze. Joanna - osoba dobrotliwa, skromna i pobożna – realizuje się w działalności charytatywnej; buduje domy dla biedoty, funduje kościoły, zakłada szkoły i prowadzi dzieci na pielgrzymki.

Z tego pięknego świata wywala ich wojenna zawierucha.

Wiadomo tylko tyle, że w powojennym Wrocławiu te dobra zostały przekazane organizacjom studenckim. Wiadomo tylko tyle, że miejsce, będące zarzewiem i fermentem młodej kultury, przeżyło kasację w wyniku pożaru w 1972 roku i odbudowę w 1974. I jeszcze krótki festiwal aktywności do początku lat dziewięćdziesiątych, na tejże studenckiej fali.

Dziś – i to jest doniesienie z ostatniej chwili – Pałacyk będzie własnością kapitału z Azji. Został zakupiony przez Wietnamczyków (Koreańczyków?). Co stanie się, na naszych oczach, z tym pięknym obiektem? Ekskluzywne biura, restauracja z azjatyckim jedzeniem? Kto będzie bywał w Zwierciadlanej Sali na piętrze? Zobaczymy...

23:08, barbara.chabior
Link Komentarze (1) »
wtorek, 25 września 2012



Panowała niepodzielnie w swojej budce z twarogiem, krojonym nożem razem z białym pergaminowym papierem, mokrym od serowej serwatki. Jej królewski pałac, wielkości domku kampingowego w nadmorskiej krynicy, trwała przed podstawówką na Młodych Techników. Dziś możesz tam doznać tylko traumy kontaktów ze skarbówką - w dawnej szkole zagnieździł się urząd fiskalny, a - nomen omen - poborcy windykacyjni uwili sobie gniazdko biurowe w dawnym gabinecie dentystycznym. Tak samo wierci...

Ale wracajmy do Mony Lisy! Była królową nabiału, ukoronowaną białym, koronkowym diademem. Nie potrzebowała brylantów, bo brylantem była ona sama. Swoim tajemniczym jestestwem zajmowała niemal cały miniaturowy pałac, resztę wypełniały rzędy śmietany w małych butelkach, nieznanych dziś szanownym konsumentom (znanym też  wówczas pod nazwą P.T Klientów). W takich samych, tylko większych, kisiło się w domach na upale na kwaśne mleko chude i pełnotłuste.

W takich butelkach mleko stawało o poranku przed drzwiami polskich mieszkań w wielkich komunistycznych blokowiskach. Roznosił je bladym świtem mleczarz, o którym śpiewał kabaret Elita. W tym czasie „społeczeństwo śpi, a mleko mu się śni, co w półlitrówkach tkwi cicho na schodach. Dzieci i starsza brać, wszyscy chcą mleko chlać, przerażająca jest siła nałogów”.

Mleczne nałogi uczniów pobliskiej podstawówki, dziś, jak wspomniałam, zamienionej w urząd skarbowy - dworzysko budzące respekt nowoczesnością – skupiły się jednak na lodach – bambino albo cassate, w kulach zawiniętych w papier. Niekwestionowanym hitem w budce był szampan mleczny – lepka od słodyczy, przezroczysta ciecz, wyrabiana pewnie ze sfermentowanej serwatki. Źródłem największej sztubackiej radości było robienie fontanny: wystarczyło zatkać dłonią szeroki otwór butelki i mocno wstrząsnąć. Spieniony napój strzelał wysoko w górę, jak prawdziwy szampan, a lepiące strugi oblewały towarzystwo, które po przerwie wszak musiało w swoich równie oblepiających ciała nylonowych fartuszkach szkolnych wrócić na lekcję.

Niewzruszona, nieulegająca irytacji „Monaliza” nawet nie rzucała okiem na te igraszki, a dużych uszminkowanych ust nie schodził jej uśmiech przypominający do złudzenia ten wymalowany pędzlem Leonardo da Vinci. Z kamienną twarzą wypowiadała flegmatycznie fundamentalne pytanie skierowane do kupujących lody: „śmietankowe czy KAKAŁOWE?

 

23:12, barbara.chabior
Link Komentarze (1) »
wtorek, 28 sierpnia 2012

Dziś będzie mało o wrocławskich dziwolągach... Bo jedyne, co łączy moją bohaterkę z tym miejscem, to balowe, długie do łokci rękawiczki. Nikt nie jest w stanie wytłumaczyć mi, jak trafiły one tutaj, do muzealnych zbiorów Narodowego. Poczytajcie o tej niezwykłej osobie, którą pokochałam za jej życie, nie za rękawiczki

W POGONI ZA WANDĄ
Elegancka dama w sięgających ponad łokcie wieczorowych rękawiczkach, z papierosem w długiej cygarniczce w dłoni, brylująca na salonach, światowa osoba wiodąca prym wśród przedwojennej polskiej elity intelektualnej, komendantka tarnowskich harcerzy, muza Witkacego, szefowa krakowskich konspiratorów w ruchu oporu po 1939, więźniarka Ravensbruck, tłumaczka afrykańskich bajek, teozofka, wolnomularka… Trudno uwierzyć, że mowa o jednej osobie. Taka była Wanda Marokini.
Nie było łatwo wytropić tę fascynującą kobietę. Schowała się zręcznie w historii, sprzątnęła się ze świata i ludzkiej pamięci, na koniec odkręcając kurek z gazem. Samobójstwo było skuteczne, jednak po Wandzie zostały ślady, dzięki którym udało mi się wydobyć  ją  z mroku niepamięci.Jurek Urbańczyk miał dwanaście lat, kiedy przychodził do krakowskiego mieszkania Wandy Marokini na ówczesnej ulicy Pomorskiej. Przybiegał z poleceniami od swojej mamy dla jej przyjaciółki. Marokini miała w domu telefon – rzadkie jeszcze wtedy źródło kontaktów ze światem.- Jednak nam, młodym chłopcom, pani Wanda imponowała tym, że mogła nas obdarować znaczkami  z całego prawie świata. Prowadziła rozległą korespondencję – wspomina Jerzy Urbańczyk.To w tym mieszkaniu późniejszy inżynier architekt oglądał portret gospodyni, namalowany przez słynną firmę portretową Witkacego. A po latach, w 1978 roku napisał list do „Przekroju”. Postanowił bowiem sprostować redakcyjną pomyłkę w podpisie pod ilustracją do tekstu o witkacowskich portretach.„Nie przedstawia on p. Zofii Kernowej, lecz p. Wandę Marokini” – napisał, wyliczając zasługi współpracownicy generała Michała Karaszewicza – Tokarzewskiego w tworzeniu pierwszej podziemnej organizacji wojskowej po klęsce wrześniowej, Służbie Zwycięstwu Polski, będącej zalążkiem późniejszego Związku Walki Zbrojnej. Wspomniał również o tragicznym epizodzie w życiu Wandy – wpadce siatki konspiratorów, uwięzieniu działaczy na Montelupich, podjętej przez Wandę próbie targnięcia się na życie po „wsypaniu” jej przez osoby, które nie wytrzymały tortur. Cyjanek, który połknęła, okazał się jednak strychniną i polscy lekarze uratowali ją, a Niemcy wysłali na kaźń Ravensbruck. Wydrukowany przez „Przekrój” list czytelnika przez ponad 20 lat był jedną z nielicznych prób spisania losów Wandy Marokini.
Brat pamięta więcejNa ślad muzy Witkacego mogli natrafić uczestnicy  Nocy Muzeów we Wrocławiu trzy lata temu. W Muzeum Narodowym oglądać można było należące do niej przepiękne wieczorowe rękawiczki. Ale są i inne pamiątki pieczołowicie przechowywane przez rodzinę. - Mam list wysłany z Mężenina do mojej cioci. Spędzający tam wakacje chcieli przekazać jej ciepłe słowa w rocznicę śmierci jej męża. Wśród podpisanych jest wiele znanych osób – opowiada Jerzy Urbańczyk. Pamięta wakacje w Mężeninie, na które jeździł z rodzicami. Pamięta słynny dwór w Goszycach. Razem ze starszym bratem przypominają sobie kolejne szczegóły.- Była piękną kobietą. Imponowała obyciem, kulturą, elegancją – opowiada Jan Urbańczyk. I dodaje ze śmiechem - Może siedemnastolatkowi podobało się to, z jakim szykiem paliła papierosa w długiej cygarniczce. Była zagadkowa, nieprzenikniona, a jednocześnie otwarta i życzliwa.Miała przenikliwe, ogromne niebieskie oczy, była szykowna, mówiła interesującym, lekko zachrypniętym głosem. I jak wspomina Jan, była jedyną chyba osobą z kręgu znajomych rodziców, z której się złośliwie na boku nie natrząsały bystre dzieciaki, dokazujące razem na mężynińskich wakacjach.To do Wandy Marokini przyszedł siedemnastoletni Jan tuż po klęsce wrześniowej. Chciał w tajemnicy przed wszystkimi, wraz dwoma kolegami przedostać się do Francji, by wstąpić do wojska i walczyć z Niemcami.- Zwierzyłem się tylko mojej mamie, a ona poradziła mi, by porozmawiać z panią Wandą. Miała rozległe kontakty w wielu miejscach w Europie, to mogło nas poratować w naszej drodze. Jednak pierwsze, co od niej usłyszałem, to słowa: „nie wybieraj się nigdzie, lada chwila będziecie tutaj potrzebni, bo tworzy się coś nowego” – opowiada. – Nie przekonała mnie. Woleliśmy już teraz awanturę i karabiny do rąk. Jeden z naszej trójki odpadł już na początku drogi z Krakowa. Nie wsiadł do pociągu na swojej stacji i tak wyruszyliśmy w tę drogę we dwóch, ja i Władek. Opowieść i przygodach i niebezpieczeństwach, o które się otarli nieświadomi zagrożeń młodzi bohaterowie, to niemal gotowy scenariusz na film o młodzieńczej dezynwolturze i prawdziwym patriotyzmie.
Młot nad MężyninemWakacje majątku w Mężyninie, wspominane przez obu braci, musiały być niezwykłe. Ale pewnie dzieciarnia nie wiedziała, że biega wśród intelektualnej polskiej elity.Mężyniński dwór wraz z parkiem kupuje w 1925 roku od Banku Ziemskiego Polskie Towarzystwo Teozoficzne (zwane też Wszechświatowym Zjednoczonym Wolnomularstwem Polskim). Wolnomularze zakładają „Spółdzielnię Przyjaciół Uroczyska Mężenin”. Wieś staje się tajemniczym miejscem: to tu odbywają się spotkania członków lóż wolnomularskich na „koloniach umiejętnego wypoczynku”. Bywają: generał Michał Tokarzewski – Karaszewicz, doktor Janusz Korczak, pisarka i późniejsza działaczka komunistyczna Wanda Wasilewska, Władysław ( chyba Włodzimierz chyba ze Władysław Sikorski ) Sokorski. Na wczasy przyjeżdża w sezonie do 200 osób. Park nadbużańskiego dworu zabudowany jest chatkami chińskimi z trzciny i gliny, krytymi słomą. Propaguje się kulturę rolniczą, spotkania z fachowcami w dziedzinie rolnictwa i ogrodnictwa, występy teatralne, opiekę nad wiejskimi dziećmi. Dla autora „Kariery Nikodema Dyzmy” to magiczne miejsce staje się inspiracją do opisania epizodu mistycznych obrzędów, w których uczestniczy Nikoś . Ale nie wiadomo dziś, czy uczestnicy tych zlotów teozoficznych wiedzą, że są pod lupą władz.Lupa to Władysław Łukasiuk, późniejszy „Młot”. Zanim po 1945 stał się czołową postacią polskiego podziemia niepodległościowego nad Bugiem i symbolem oporu przeciw narzuconej Polakom  komunistycznej władzy, był do wybuchu wojny zastępcą wójta gminy Sarnaki. Utrzymywał się z prowadzenia wiejskiego sklepiku z wyszynkiem. Starostwo siedleckie wydzierżawiło mu dwa odcinki rzeki Bug. Każdy, kto chciał tu łowić ryby lub uprawiać sporty wodne, musiał uzyskać  jego zgodę. Jednak dziś wiadomo, że te profity urzędowe wiązały się z jego tajną misją: pracował na rzecz wywiadu policyjnego. Przedwojenny rząd powierzył mu zadanie rozpracowania komunizujących środowisk, do których zaliczono Zakon Wszechświatowego Zjednoczonego Wolnomularstwa "Le Droit Humain" oraz Polskie Towarzystwo Teozoficzne, występujących pod oficjalnym szyldem "Spółdzielni dla prowadzenia kolonii letnich". I choć kontrowersyjny „Młot” ma szczególne udziały w historii powojennej Polski (jako inwalida nie brał udziału w wojnie obronnej w 1939 roku, ale zostaje  żołnierzem ZWZ i potem AK, rozpracowuje cudowną broń Hitlera V-2, stawia się komunistycznym powojennym władzom, a wieś podlaska widzi w nim jedynego obrońcę przed terrorem i bezprawiem komunizmu oraz przed kolektywizacją), to w owym czasie był kimś, kto podglądał z ukrycia wolnomularski festiwal, w którym uczestniczyła Wanda Marokini.„Młot”, za którego głowę bezpieka wyznaczyła 100 tys. złotych nagrody i nasłała na niego setki agentów i informatorów, zginął z ręki jednego ze swych podkomendnych. Dwa strzały z broni krótkiej, oddane przez jednego z jego „leśnych”, zakończyły ten żywot. Dwór w Mężyninie w 1975 – o ironio! – przejęła Komenda Wojewódzka MO w Siedlcach.
Teozofka, wolnomularkaWolnomularze to zło dla obozu narodowego. I znów na scenie politycznej pojawia się Wanda Marokini. Wraz z generałem Michałem Karaszewiczem – Tokarzewskim, wraz z którym buduje pierwsze struktury podziemnej walki zbrojnej po klęsce w 1939 roku, toczy rozmowy ze Stronnictwem Narodowym. Próba nawiązania współpracy spełza na niczym, bo działacze SN „nie podporządkują się nigdy nikomu, kto ma styczność z [...] masonami” (opisał to Edward Kumor w książce Wycinek z historii jednego życia, Warszawa 1967, s. 62.).Tokarzewski nawet dziś nie miałby szans na zaszczepienie społeczeństwu swoich poglądów. To nosiciel etyki, mistrz wyciągania narodu z religijnej i poglądowej nietolerancji, wróg nałogów, ezoteryk, człowiek o wyjątkowych horyzontach, pierwszy na linii tworzenia armii wojska podziemnego po kapitulacji we Wrześniu, („do wyboru jest niewola – albo dalsza walka. Nikogo nie zmuszam ani nie namawiam. Zostawiam panom pół godziny do namysłu”- powiedział, po odczytaniu rozkazu tworzącego zalążek Służby Zwycięstwu Polski, fundamentu Związku Walki Zbrojnej i Armii Krajowej.To oryginał jakich mało. Nominację generalską otrzymał w 1924 roku, w wieku 31 lat. Miał urodę amanta filmowego. W garnizonach, w których służył, stał się postrachem oficerów mających ładne żony. Jego ekscentryczne zainteresowania budziły zgorszenie, ale „baby leciały na niego jak szafy na trzech nogach”, jak wówczas mawiano.Co łączyło go z Wandą Marokini oprócz współpracy? Spuśćmy na to zasłonę milczenia. ( nie można spuścić zasłony milczenia, skoro tyle miejsca mu poświęcamy )Skończył marnie: mimo zasług nie dopuszczono go do głosu po wojnie. Pracował jako nocny stróż. Potem w jednym z rządów emigracyjnych obejmuje w 1954 r. tekę ministra obrony narodowej. Kiedy umiera w 1964 r., w kieszeniach jego ubrań bliscy znajdują starannie opisane saszetki: z ziarnem pszenicy z Lubelszczyzny, źdźbłem trawy z Mężenina, kamykiem z królewskich grobów na Wawelu, kadzidłem z Jerozolimy.Jego korespondencja z Wandą, odkryta przypadkiem w 1992 roku za oprawą lustra przez Barbarę Roer, wnuczkę naszej bohaterki, to dokument mistycznych rozmyślań obojga. ( jakiś przykład by się przydał, który by nam coś więcej o Wandzie powiedział )Wnuczka BasiaWanda miała dwie córki: Janinkę, trzynastoletnią ofiarę dyfterytu i Lidkę, która zmarła w 1982 roku. I dwoje wnucząt – Basię i Jana Kantego.  - Babusia była silna osobą, pamiętam ją jako piękną kobietę. Wiem z rodzinnych opowieści, że gdy stado epuzerów kręciło się przy mojej mamie, komentowali babcię Wandę: „ ty jesteś ładna, ale twoja mama jest piękniejsza” – opowiada Barbara Roer.Z opowieści rodzinnych Basia zna historię o patynowaniu fałszywych pieniędzy w konspiracyjnym mieszkaniu przy Inwalidów:- Babcia i jej towarzyszki konspiratorki rzucały o sufit paczkami banknotów, które trzeba było wprowadzić do obiegu, by przekazać środki na zasilenie struktur podziemnej walki. Deptały i „zużywały” te pieniądze.  Depczą ze śmiechem te banknoty, by wyglądały na używane, nominały fruwają po pokoju. W środku tej akcji staję ja w nocnej koszulce, kilkuletnie dziecko wyrwane ze snu. 
Balowe rękawiczkiZnalazłam je we wrocławskim Muzeum Narodowym. Trafiły tam wraz ze zbiorami z dworu w Goszycach. Tam też, tak jak w Mężnienie, toczyło się życie towarzyskie przedwojennych elit intelektualnych. Widzę Wandę, jak w dłoniach trzyma papierosa w długiej lufce i prowadzi dysputy o Polsce, slow-foxie, malarstwie, chłopczycach, art deco, teozofii, życiu i modzie.
Ciche piekło RavensbruckWanda trafiła tam wprost z więzienia na Montelupich w Krakowie. Aresztowano ją 2 maja 1941 roku. Czy to nie ironia, że ta gestapowska kaźnia mieściła się na wprost jej krakowskiego mieszkania na pl. Inwalidów? Była więc więźniarką, która miała na piechotę najkrótszy dystans do swojej celi – szerokość ulicy. A ta odległość mogła znaczyć życie. Tak bardzo bała się, że „wtopi” tych, z którymi pracuje, że sięgnęła po cyjanek. Albo słabość specyfiku, albo siła organizmu sprawia, że nie jest to jej „złoty strzał’. Polscy lekarze za kratami ratują ją, jakby w darze dla niemieckich oprawców, wysyłających ją do kobiecego obozu w Ravensbruck. Staje się numerem 7399 z czerwoną, zarezerwowaną dla politycznych, naszywką na pasiaku.„Tylko niesłychany hart ducha pozwolił jej, kruchej i delikatnej, przetrwać, aby pomóc innym. Przeszła w obozie trzy ciężkie zapalenia płuc, dwa razy była przeznaczona „do pieca”, ale uratowały ją przyjaciółki. Wraca do Krakowa 7 czerwca 1945 roku przez Niemcy piechotą, od Szczecina pociągami. Fizycznie jest zrujnowana, ale psychicznie niezmieniona. (…) opiekuje się młodą dziewczyną z Ravensbruck, cierpiącą na chorobę związaną z systemem nerwowym i rozsianą sklerozą. Prowadzi jej gospodarstwo i pielęgnuje” – zarejestrowała doktor Maria Żychlińska,  dokumentalistka historii tarnowskiego harcerstwa, autorka pracy o komendantach tamtejszego hufca. Wanda Marokini kierowała nim od 1921 do 1923 roku.- Tylko jeden raz podsłuchałam rozmowę o tym, co Babusia przeżyła w obozie – przypomina sobie wnuczka Barbara Roer. – Potem już nigdy do tego nie wracała, nie było tego, jakby zamknęła ten rozdział i nie chciała już o tym mówić. Jedni mieli tak, że musieli opowiadać o swojej traumie, inni „zaimpregnowali” te przeżycia. 

Miłość szesnastolatki Poznali się we Lwowie. Stąd wzięło się to egzotyczne nazwisko Marokini. Austriacki kapitan, Chorwat z pochodzenia, zamieszał w głowie lwowiance, gdy spotkali się pierwszy raz na ślizgawce. Pobrali się w 1905 roku. Mama Barbary, Lidia, urodziła się w Sarajewie. Potem Wanda mieszkała w Zagrzebiu. To tam doszło do rodzinnych kontrowersji - według archiwów, na tle koncepcji wychowania córek (w polskości czy niemieckości), według wnuczki na tle konfliktu z zaborczą  chorwacką teściową. Rodzina Marokini, silnie związana z dworem cesarskim, od początku nie była zadowolona ze związku syna z piękną, lecz niezamożną Polką. Po pięciu latach odważna Wanda zabiera córeczki i wraca do mamy, do Brzuchowic pod Lwowem.DziałaczkaWciąga ją polityka. Wiąże się ze Stronnictwem Narodowej Demokracji. Pracuje społecznie, po wybuchu I wojny światowej ewakuowana zostaje do Kijowa. Pracuje w szwalni zorganizowanej przez Komitet Pomocy dla Uchodźców z Kraju, jak relacjonuje Maria Żychowska. – Sama biedna, organizuje pomoc dla najbiedniejszych.Taka pozostanie na każdym etapie swojego życia. W opracowaniu doktor Żychowskiej znaleźć można relację zmarłej córki Lidii Chojeckiej: „potrafi stworzyć niezapomniany dom pełen ludzi, życia, dyskusji. Zawsze był ktoś, kim trzeba było się opiekować, kto potrzebował pomocy moralnej, pociechy, rady. Zawsze gotowa była wysłuchać cudzych zwierzeń i trosk. Zawsze bardziej czuła na cudzy, niż na własny los.”BabusiaWnuczka nie wie, że jej Babcia z własnej woli skończyła życie, o tym w rodzinnie się nie rozmawiało: popełniła samobójstwo, odkręcając gaz. - Mam całą walizkę zdjęć z tego okresu życia Babci. Może kiedyś ktoś ustali, kto jest kim na tych harcerskich zdjęciach – mówi Barbara Roer.Wanda Marokini spoczęła na Powązkach. Zmarła 7 marca 1962 roku, w wieku 75 lat. Oprócz odnalezionych przeze mnie wspomnień i nikłych śladów w historii, pozostał materialny dowód jej rozległych horyzontów – wydane w 1959 w Krakowie „Bajki afrykańskie”, które tłumaczyła - a właściwie pisała - wraz z Janem Józefem Szczepańskim.Jej portret, pędzla Witkacego, jest w posiadaniu rodziny Turowiczów (potomkowie Jerzego, wieloletniego naczelnego Tygodnika Powszechnego, ojca Elżbiety, dla której Wanda była cioteczną babką).

 

05:00, barbara.chabior
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4